13 maj 2012

Zachód

2 września 1868 roku

Dzisiejszego ranka przybyłem do Cheyenne w Terytorium Wyoming, podróżując nową linią Union Pacific. Minęły już trzy lata odkąd ostatni raz jechałem parowozem. Nie zdawałem sobie sprawy, że wywoła to wspomnienia z Atlanty. Ostatni dzień drogi spędziłem z tym złudnym zapachem krwi i żelaza w moich nozdrzach i z żółcią, podchodzącą mi do gardła. Ale to już koniec. Bogu dzięki, już nigdy nie będę musiał podróżować koleją. Cheyenne jest jak nowonarodzone dziecko. Imigranci ze wschodu i zza oceanu aż się tutaj mrowią, przepełniając ulice gwarem rozmów i charkotliwym śmiechem pijaków. Ogar, którego zakupiłem przed wyjazdem, próbuje wyrwać się ze smyczy, zachwycony widokami tymi wszystkimi ludźmi.

Moja ziemia jest dwa dni drogi dalej stąd, nieco za granicą a potem na południowy-zachód; ale zgodnie z obietnicą mężczyzny z banku, zatrudnił dla mnie przewodnika, który zabierze mnie na miejsce. Wysłałem ostatni list do żony i chłopaków, przypominając im, aby odwiedzili mnie na wiosnę, a potem zakupiłem wóz i zaopatrzenie. Przewodnik, w połowie Indianin, jak udało mi się ocenić z wyglądu - ale ucywilizowany - pomógł mi zatrudnić dwóch młodych mężczyzn - Irlandczyka, z ponurą twarzą oraz Niemca z załzawionymi oczami, śmiedzącego bourbonem. Obydwaj sprawiali wrażenie podłych łajdaków, ale zgodzili się pracować za grosze i obaj zarzekali się, iż mają doświadczenie w prowadzeniu gospodarstwa.

Mogą chcieć mnie zabić, postrzegając mnie jako łatwy cel, ale nie boję się tych spitych dzieci. Widziałem całą masę takich chłopców i wiem z czego są zrobieni.

 września 1868 roku

Wkroczyłem do Wolnego Terytorium Kolorado, po dniu podróży przez preria ciepłego Wyoming, mając przed sobą Góry Skaliste. Te ziemie są dzikie, w jakiś... dziwny sposób, jak nic co do tej pory widziałem. Podążamy wzdłuż rzeki w cieniu dwóch ząbczastych szczytów. Nocujemy dzisiejszej nocy kilka mil od mojej działki. Poprosiłem o coś na uboczu i dzięki Bogu, bankier mnie nie zawiódł. Niemczuch i Irlandczyk siedzą w powadze i ciszy. Nie widzę, aby byli niebezpieczni - no, chyba, że dowiedzą się o moich zapasach whisky. Po prostu każę im wykonać robotę, a potem wrócą do Cheyenne i będą pić i pieprzyć się za zarobione pieniądze.

To są mężczyźni od brudnej roboty i mogą służyć tylko takim celom. Jakby się zastanowić, dobrzy ludzie tacy jak ja, walczyli i ginęli aby bronić tych szakali przed tyranią Lincolna. Niech go piekło pochłonie. Niedługo uwolnię się od tego potwora, a jeśli rozwinie swoje federalne granice aż dotąd, to spalę swój nowy dom i ruszę jeszcze dalej na zachód. Sukinsyny będą musiały zepchnąć mnie aż do morza, abym przysiągł lojalność.

Znalazłem czaszkę w pobliżu śladów jelenia, kiedy poszedłem po wodę; była kompletnie wybielona i pozbawiona kości szczękowej oraz szyi. Staram się nie uznawać tego jako zły omen.

Jutro powinniśmy dotrzeć na miejsce.

9 września 1868 roku

Bankier mnie okłamał. Głupia wypchana świnia. Ziemia, którą zakupiłem nie jest rajskim zagajnikiem, ale zwykłym bagnem. Rozmokłe zapadlisko wypełnione błotem i trawą, otoczone połamanymi umierającymi drzewami. Obdarłbym przewodnika ze skóry, jakby ten skurwiel poczuł jego ból.

Jestem jednak zdeterminowany się tutaj osiedlić. Może to nie ziemia, o jakiej marzyłem, ale jest moja. Irlandczyk i Niemiec porąbali dla mnie drzewa, a ja znalażłem najwyżej położone miejsce, tam gdzie grunt jest najmniej wilgotny. Poskromię te tereny.

Ogarowi się tutaj nie podoba. Wyje w stronę horyzontu i zatacza koła, cały czas oglądając się za siebie.

10 września 1868 roku

Przewodnik zniknął w nocy. Miał spędzić kolejne dni starannie przygotowując mapę tych obszarów, ale uciekł. Co gorzej, Irlandczyk i Niemiec stali się po tym bardzo nerwowi; Niemczuch cały czas pieprzy coś o krzykach dochdzących z lasu zeszłej nocy. Ale rano po namiocie i dobytku przewodnika nie było śladu.

Głupio mi to przyznać, ale moja pierwsza noc była niepokojąca. Jest coś z tymi ziemiami, coś czego nie było na Wschodzie. Tak jakby oddychały i tętniły wokół mnie, tak jakby obserwowały mnie z chłodną duszą. Drzewa szumią delikatnie dmuchane przez wiatr, a w późnych godzinach nocnych, wydaje mi się, jakbym słyszał szepty na zewnątrz namiotu. Nie powiem o tym żadnemu z robotników; są słabi i nieopierzeni już bez tego. Jeśli zaczną wierzyć w przesądy, zostanę tu sam a oni uciekną.

14 września 1868 roku

Ręce krwawią mi każdego dnia. Wymagam dużo od chłopaków, ale od siebie jeszcze więcej. Szkielet budynku jest już gotowy, ale wciąż mamy dużo do zrobienia. Nie wydaje mi się, aby nadawali się do prawdziwej pracy. Te psy. Zwolnili, myśląc pewnie, że robota zliża się ku końcowi. Pewnie świna potrafi rozpoznać stodołę po jednym rzucie oka, ale miałbym zbyt wiele nadziei, gdybym myślał, że wiedzą jak postawić dobrze dach.

Moje nocne lęki pogłębiły się do takiego poziomu, że ze strachem to przyznaję. W ciemnościach nocy jestem zwykłym imigrantem z martwych ziem, który przybył do nowego miejsca; ale każdy trzask gałęzi wydaje się przechodzić przez moje własne, roztrzęsione plecy. O ile w dzień nie słyszę ani ptaków ani zwierząt, to istotnym faktem jest, że nocą las ożywa i wszędzie wokół rozchodzą się szelesty. Czasami słyszę ciężkie tupanie tych pijaków, opierających się o drzewo, aby opróżnić żołądki.

Chłopaki faktycznie przynieśli skrzynkę butelek i pili każdej nocy do upadłego. Nie będę o tym mówić z takimi jak oni, ale wiem, że dzielą mój niepokój. Ich oczy są puste każdego poranka i widzę jak zerkają we wszystkie strony, tak jakby widzieli nadchodzącą śmierć.

Przywiązałem psa na skraju polany. Skompleje i trzęsie się podczas snu, a po przebudzeniu, wyje w stronę nieba. Jeśli nie będzie z niego pożytku, kiedy przyjdzie czas na polowania, to wpakuję mu kulkę w tę hałaśliwą czaszkę.

15 września 1868 roku

Niemiec zniknął. Początkowo podejrzewałem, że podkulił ogon i czmychnął z powrotem do Cheyenne. Dobrze, że nie zapłaciłem mu z góry. Jego przyjaciel jest przerażony i nawiedzają go zwidy. Przyszedł i mnie zbudził, żeby powiedzieć, że zabrano go w nocy, tak jak przewodnika. Walnąłem go po uszach i zaciągnąłem do ich namiotów. Nie było śladu po dobytku Szwaba a Irlandczyk odmówił pracy do momentu, aż zaczniemy szukać jego kolegi.

Przeczesywaliśmy las cały dzień i nigdzie go nie znaleźliśmy. Ponura atmosfera tego miejsca dziwnie na mnie wpływa; muszę przyznać, że wzdrygam się na najcichszy dźwięk. Ogar, nareszcie się przydając, podążał za tropem Niemca, ale okazało się, że ślady po prostu rozchodzą się wokół polany. Wkrótce całkiem zniknęły a ogar zaczął ciągnąć za smycz, błagając mnie o powrót do domu.

Nieopodal obozu dokonałem niepokojącego odkrycia na jednej z gałęzi drzew. Na wysokości dwóch mężczyzn wisiała płóciana torba. Co bardziej niepokojące, kiedy ją otworzyłem, znalazłem ubrania kogoś o wiele niższego niż oczekiwałem. To był plecak naszego przewodnika.

Nie powiem o tym biednemu, niemal oszalałemu Irlandczykowi kiedy wróci. Muszę pogratulować mu odwagi. Zapada noc, a on wciąż siedzi w środku lasu. Słyszę, jak wykrzykuje imię przyjaciela chodząc w koło polany. Jest głupcem, ale odważniejszym niż myślałem.

Ciemność już mnie ogarnęła, a ja odczuwam lód we krwi. Nie potrafię już więcej dosłyszeć głosu Irlandczyka. Powróciły dźwięki nocy. Czuję się głupio, ale boję się o jego bezpieczeństwo.

16 września 1868 roku

Zbudziłem się w środku bezksiężycowej nocy na skutek wrzasków w oddali. Skowyczący, rozdarty wrzask, który uciszył wszystko inne. Leżałem, nie mogąc się ruszyć w śpiworze. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle opuściłem szpital polowy w Atlancie; czekałem na odgłosy armat i strzałów z muszkietu. Ale to był tylko jeden, samotny chłopak, krzyczący w mroku nocy, a ja nie byłem w stanie mu pomóc. Przyciągnąłem karabin bliżej do siebie a ogar leżał w dreszczach tuż obok. Głos chłopaka nie milkł przez kilka godzin, aż przerodził się w słabe kwilenie.

Nie mogliśmy zrobić nic więcej niż czekać na świt.

W świetle dnia zmusiłem ogara, żeby poszedł ze mną w głąb lasu. Za każdym razem, kiedy rozważam opuszczenie tej bagnistej puszczy, łzy nabiegają mi do oczu a nogi więdną. Ale nawet Irlandczyk zasługuje na pobieżne poszukiwania.

Znalazłem go tuż przed zmierzchem. Podążając znanym już śladem, doszedłem do nienaturalnie olbrzymiego drzewa, na którym niegyś wisiał dobytek przewodnika. Kora została świeżo poszczerbiona nieregularnymi cięciami, które odsłoniły gnijące wnętrze drzewa pod spodem. Nacięcia prowadziły w górę, aż do konarów i musiałem zmrużyć oczy, aby widzeć, ale to co zobaczyłem spowodowało, że nagle mnie zemdliło.

Chłopak kołysał się na dwóch długich gałęziach, z dyndającymi kończynami i połamany w kilkunastu miejscach. Głowa była wykręcona, jakby próbował udawać sowę, obrócona kompletnie za plecy. Jedno szkliste oko było wybałuszone, a obok znajdował się pusty oczodół. Język zwisał z jego potrąconej szczęki.

Taki papista jak on zasługuje na chrześcijański pochówek, ale najpierw będę musiał ściąć drzewo, aby dostać się do ciała. Chciałbym mieć sił i chęci, żeby zrobić to teraz, ale bezsenna noc i dzisiejsze makabryczne sceny cholernie mnie zmęczyły. Marzę tylko o śnie.

17 września 1868 roku

Opuszczam to miejsce. Tracę wszystko, co posiadam, ale jeśli odejdę w ciągu kilku godzin pod osłoną dnia, przynajmniej zachowam życie. Znów zobaczę żonę i dzieciaki. Zbudziłem się, aby ujrzeć szare niebo wyrzucające z siebie krople deszczu. Pomysł, że marzyłem o osiedleniu się tutaj teraz mnie przeraża. Cały dzień siedziałem na przedsionku, wilgotne podłoże łąk wyglądało groźnie. Strzępiaste zęby drzew na tle szarego nieba i pluskanie wody w wietrze napełniało mnie osobliwym uczuciem, jakbym znajdował się wewnątrz ogromnej przepaści, której ściany zamykały się od momentu, w którym się pojawiłem. Kiedyś byłem zdeterminowany, aby zasiedlić te ziemie. Zasypać bagna, ściąć drzewa i zaorać żyzną glebę. Ale to się teraz wydaje głupie.

Z nadejściem nocy przyszedł chłostający wiatr, uderzający we mnie ciężkim, wilgotnym powietrzem. Kiedy zniknął ostatni punkt światła, ogar podniósł się i zaczął ciągnąć za smycz, szczerząc zęby i warcząc. Wył niskim groźnym dźwiękiem. Spojrzałem w stronę, w którą się wyrywał, ale nie zobaczyłem nic oprócz czarnej nocy.

Kiedy smycz się zerwała, wydając dźwięk jak petarda, pies pognał w kierunku mroku. Słyszałem złowieszcze poszczekiwanie, podczas gdy on znikał w ciemnościach. Wtedy ustało i rozszedł się ostry pisk. A potem cisza. Brakowało głosów, które słyszałem każdej nocy. Absolutna cisza. Tylko szelest liści.

Uniosłem broń i strzeliłem raz w ciemność, a moja skóra zmarszczyła się a wnętrzności zamarzły. W blasku światła wystrzału dostrzegłem widmowe odbicie ponurych, bladych drzew i mokrej ziemi. I, bardzo wyraźnie, ciało psa, wilgotne i błyszczące. Obok niego znajdował się kształt jakiegoś... paskudnego stworzenia. Pochylony na zgiętych nogach, trzymał kawałek psa w swoich wykręconych palcach. Już wyprostowane zaczęło patrzeć wprost na mnie. Wszystko, co zobaczyłem na twarzy tej rzeczy to dwa, jaskrawe błyski oczu i... zęby. Dużo zębów.

Strzał rozległ się w całej dolinie a ja nie słyszałem żadnego ruchu w ciemności naprzeciw. Najszybciej jak umiałem, pognałem do chatki i zabarykadowałem drzwi wszystkim czym się dało. Trzymając mocno karabin, robiłem co się dało, aby leżeć w perfekcyjnej ciszy i obiecałem sobie, że odejdę przy pierwszym brzasku.

Zapadłem w niespokojny sen i obudziłem się parę godzin później z dziwnym bólem, palącym moją szyję. Zauważyłem głowę psa, umieszczoną jak trofeum na szczycie rupieci, którymi zablokowałem wejście. Jednak leżały one nienaruszone. Wokół mnie znajdowały się piekielne ślady jakiejś bestii, mokre błotniste kształty, których nie potrafiłem zidentyfikować. Podniosłem rękę do gardła i poczułem rozcięcie pod palcami. Krew ciekła mi z zadrapania, ciągnącego się od ucha do ucha.

Pokój był pusty, wciaż obwarowany od wewnątrz.

Ale to było tutaj ze mną, chwilę temu. Zaznaczyło mnie, pobawiło się i uciekło.

Jak postanowiłem, opuszczę to miejsce rankiem.

18 września 1868 roku

Jestem jakieś 10 mil od chatki i przeklinam się za bycie głupcem. Ze wschodzącym słońcem, parująca łąka wydawała się jakoś... bezpieczniejsza, ale i tak spakowałem najlżejsze narzędzia i opuściłem obóz. Pięć mil dalej pojawiła się niepewność. Zatrzymałem się, aby zjeść nad małym urwisko-podobnym tworem Boga i zdecydowałem.
Wczorajszy wpis napełnia mnie wstydem, jakim ja byłem tchórzem! Czymkolwiek to było, to zwierzę, a ja jestem żołnierzem. Wyropię to, złapię, zabiję. Nie zrezygnuję z powodu jakiegoś dzikiego stworzenia. Nie pozostawię żony i synów w biedzie. Będę mężczyzną. Wrócę.


29 czerwca 1869 roku

Grand Hotel w Cheyenne, Wyoming

Pani Augustine Shelby,

Niedawno dostaliśmy paczkę od pary myśliwych, którzy odnaleźli to w lasach Gór Skalistych na Terytorium Kolorado. Jako, że zostaliśmy wtajemniczeni w sprawę zniknięcia pani męża, uznaliśmy, że najlepiej będzie skontaktować się z panią bezpośrednio i przekazać jego dziennik oraz odnaleziony dobytek.

Myśliwi opisują tereny, w których znaleźli te przedmioty, w sposób, który zgadza się dokładnie z opisem w dzienniku, ale nie natrafili na ślad żadnej chaty, fundamentów ani innych oznak zamieszkania.

Łączymy się z panią w bólu i żałujemy, że nie udało nam się jej pomóc. Modlę się, aby pani mąż został ostatecznie odnaleziony.

Pułkownik Benjamin Williams, Fort Collins, Terytorium Kolorado

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz