3 wrz 2015

Ben drowned

Post #1 (7 wrzesień, 2010)
Okey, potrzebuję waszej pomocy. To nie jest copypasta, trochę dużo jest do przeczytania, ale czuję, że od tego zależy moje bezpieczeństwo. Chodzi mi o grę wideo, dokładniej o Majora’s Mask. To wydarzenie to najstraszniejsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w całym życiu!

Niedawno przeprowadziłem się do akademika jako student drugiego roku, tam przyjaciel dał mi Nintendo GameCube i Nintendo 64. Krótko mówiąc, byłem bardzo podjarany. Mogłem w końcu zagrać w stare gry z dzieciństwa, z którymi nie miałem styczności przez ostatnią dekadę. Do Nintendo 64 dołączony był żółty kontroler i dość tandetna piracka kopia Super Smash Brothers, i choć jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, to muszę przyznać, że szybko mi się to znudziło po przejściu dziewiątego poziomu. Niestety, GameCube nie działał.

W weekend, przez około dwadzieścia minut jeździłem po dzielnicach nieopodal akademika, aż w końcu trafiłem na wyprzedaż garażową, gdzie miałem nadzieję ubić jakiś interes. Skończyłem na zdobyciu kopii Pokemon Stadium, Goldeneye (fuck yeah), F-Zero oraz dwóch kontrolerów za 2 dolary. Zadowolony, zacząłem wracać z powrotem, kiedy to ostatnia wyprzedaż przykuła moją uwagę. Nawet teraz nie mam pojęcia czemu, nie było żadnego samochodu, tylko jeden stół z przypadkowymi gratami, ale coś mnie tu przywiodło. Zazwyczaj ufam swojemu instynktowi, więc wysiadłem z samochodu, po czym zostałem przywitany przez staruszka. Wyglądał, delikatnie mówiąc, odpychająco. To było dziwne. Jeśli byś mnie zapytał, dlaczego sprawiał takie wrażenie, nie potrafiłbym sprecyzować czemu – było w nim coś, przez co czułem się niekomfortowo, nie potrafię tego wyjaśnić. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że gdyby nie środek dnia i nie byłoby tylu osób, nawet nie pomyślałbym o tym, by do niego podejść.



Podarował mi krzywy uśmieszek na przywitanie i spytał, czego szukam. Od razu zauważyłem, że musi niedowidzieć na jedno oko; jego prawe było tak "zaszklone". Zmusiłem się do patrzenia w tylko jego lewe oko, by go jakoś nie obrazić. Spytałem go, czy może nie ma żadnych starych gier wideo.
Już zacząłem się zastanawiać, jak mógłbym wybrnąć z sytuacji, w której spytałby się mnie czym jest gra wideo, ale, ku mojemu zaskoczeniu, powiedział, że ma parę w starym pudełku. Zapewnił, że wróci za chwileczkę i udał się wgłąb garażu.

Po tym, jak poszedł, sprawdziłem co tam w ogóle miał na sprzedaż. Wzdłuż zaśmieconego stołu były dość… specyficzne obrazy. Prace te wyglądały, jakby chory psychicznie człowiek babrał się w atramencie. Zaciekawiony, przejrzałem je – to było oczywiste, czemu nikt nic nie tutaj nie przeglądał, dzieła te nie wyglądały zbyt estetycznie. Dotarłem do ostatniego, który z jakiegoś powodu wyglądał trochę jak Maska Majory – ten sam kształt podobny do serca z wystającymi małymi kolcami. Początkowo miałem cichą nadzieję, że znajdę wspomnianą grę na wyprzedaży, ale mógł to być tylko przypadkowy układ atramentu, ale po tym, co wydarzyło się później, sam już nie jestem pewien. Powinienem był wtedy zapytać starca o to.

Po dłuższym wpatrywaniu się w obraz podniosłem wzrok i nagle starzec znów widniał przede mną na wyciągnięcie ręki i uśmiechał się do mnie. Przyznam, że odruchowo odskoczyłem i zacząłem się nerwowo śmiać, kiedy dał mi cartridge do Nintendo 64. Gra miała standardowy, szary kolor oprócz tego, że ktoś na tyle czarnym markerem napisał “Majora”. Miałem dosłownie motyle w brzuchu po tym, jak zdałem sobie sprawę cóż to był za zbieg okoliczności. Spytałem go ile chciał za tę grę...

Starzec uśmiechnął się do mnie. Powiedział, że odda mi ją za darmo i że należała kiedyś do dzieciaka w mniej więcej tym samym wieku co ja, który już tu nie mieszka. Było coś dziwnego w tym, jak to powiedział, ale wtedy nie zwróciłem na to większej uwagi - byłem zbyt pochłonięty myślą nie tylko o tym, że znalazłem tę grę, ale także o tym, że dostanę ją za darmo.

Pamiętałem o nutce sceptycyzmu, bo kartridż wyglądał na podniszczony i nie miałem żadnej gwarancji, że będzie działać, ale wtedy mój optymizm wtrącił myśl, że to może jest jakaś wersja testowa, albo piracka, a to mi wystarczyło by być dobrej myśli. Podziękowałem starcowi, który uśmiechnął się I powiedział “Żegnaj więc” - przynajmniej tak to zrozumiałem. Całą drogę do domu miałem dziwne wrażenie, że starzec powiedział jednak coś innego. Moje wątpliwości potwierdziły się, gdy włączyłem grę (ku mojemu zdziwieniu, działała bardzo płynnie), zauważyłem, iż jest już zapisany stan gry nazwany “BEN”. “Żegnaj, Ben”, mówił starzec, “Żegnaj, Ben”. Współczułem mu, gdyż było to dla mnie oczywistym teraz, że był starzejącym się dziadkiem, a ja, z jakiegoś powodu – przypomniałem mu o jego wnuczku, Benie.

Z ciekawości wczytałem ten zapis. Na oko mógłbym powiedzieć, że był całkiem daleko w grze – zdobył prawie wszystkie maski i pokonał 3/4 bossów. Zauważyłem, że użył statuy sowy, by zapisać grę. Doszedł do trzeciego dnia stojąc przed Kamienną Świątynną Wieżą z jedną godziną przed rozbiciem się księżyca. Pamiętam, że kiedyś wstydem było dojść prawie do końca gry, ale nigdy jej nie skończyć. Zrobiłem nową grę nazwaną tradycyjnie “Link” i zacząłem grać, będąc gotowym na nowo przeżyć dzieciństwo.

Jak na tak wiekowy cartridge byłem pod wrażeniem, jak gra płynnie chodziła - dosłownie jak nówka, prócz pewnych niedociągnięć (na przykład tekstury, które znajdowały się tam, gdzie nie powinny lub losowe migawki w cutscenkach, ale dało się przeżyć). Jednak była iina rzecz, która mnie denerwowała. Czasami NPC nazywali mnie “Link”, czasami “BEN”. Zrozumiałem, że to był bug – usterka w kodzie gry powodująca pomieszanie stanów gry czy coś w tym stylu.

Po jakimś czasie już nie mogłem tak grać, to było jakoś po przejściu Świątyni Woodfall gdzie niestety udałem się do zapisów I usunąłem stan zapisu gry “BEN” (miałem na celu zatrzymanie pliku z wyłącznego szacunku dla pierwotnego nabywcy, ale ostatecznie nie potrzebowałem 2 stanów zapisu) mając nadzieję, że to rozwiąże problem. Rozwiązał, ale także nie rozwiązał - teraz NPC w ogóle mnie nie nazywali, tam, gdzie powinno być moje imię w dialogu było tylko puste pole (mój stan zapisu wciąż nazywał się “Link”). Sfrustrowany i z pracą domową do zrobienia, odłożyłem grę na następny dzień.

Znów zacząłem grać w ostatnią noc, docierając do Soczewki Prawdy i torując swą drogę, by dotrzeć do Snowhead Temple. Teraz, niektórzy z was będący hardcorowymi graczami w Majora’s Mask na pewno wiedzą o glitchu “czwartego dnia”- ci, którzy go nie znają, mogą go sobie wygooglować (4th day glitch), ale ogólnie chodzi tu o to, że dokładnie o 00:00:00 końcowego dnia, idziesz porozmawiać z astronomem i patrzysz przez teleskop. Jeśli masz dobre wyczucie, odliczanie zniknie a ty zyskasz dodatkowy dzień, by dokończyć cokolwiek co robiłeś. Zdecydowałem, że wykorzystam ten błąd i spróbuję ukończyć Snowhead Temple - udało mi się za pierwszym razem i odliczanie u góry zniknęło.

Jednak kiedy wcisnąłem B, by odejść od teleskopu, zamiast zastać astronoma, znalazłem się w pomieszczeniu z bossem pod koniec gry (zamknięta, pokręcona arena). Patrzyłem się na Skull Kida lewitującego nade mną. Nie było żadnych dźwięków, tylko On, i muzyka która normalnie leciała wtedy w tle (wciąż straszna). Moje dłonie zaczęły się pocić – to za cholerę nie było normalne. Skull Kid NIGDY się nie pojawia na tym etapie. Próbowałem poruszać się po otoczeniu, i nie ważne gdzie się udałem, Skull Kid wciąż zwrócony ku mnie, wpatrywał się i nic nie mówił. Myślałem, że już nic się nie stanie, bo kręciłem się tak wokoło przez minutę. Myślałem, że gra jest zbugowana czy coś – ale zacząłem przekonywać się do tego, że jednak jestem w błędzie.

Sięgałem już w kierunku przycisku RESET, kiedy to pojawił się na ekranie tekst: “Nie jesteś pewien czemu, ale najwidoczniej miałeś rezerwację...” Momentalnie poznałem ten tekst – ta wiadomość wyśwetla się kiedy dostajesz klucz od Anju w Stock Pot Inn, ale czemu pojawił się tutaj? Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gra próbowała się ze mną porozumieć. Znów chodziłem dookoła, może był jakiś przycisk, który sprawiłby, że mógłbym wejść z czymkolwiek w interakcję, później zrozumiałem, jak głupi byłem – pomyśleć, że ktoś mógł zaprogramować grę w ten oto sposób to absurd. Oczywiście, piętnaście sekund później inna wiadomość pojawiła się na ekranie i znów, jak poprzednio, była to istniejąca w grze wiadomosć “Udać się do legowiska bossa świątyni? Tak/Nie”.

Spauzowałem grę na sekundkę, zastanawiając się co powinienem wybrać i jak gra by na to zareagowała. Postanowiłem, że nie wybiorę "Nie". Wziąłem kilka głębokich oddechów, wcisnąłem Tak, a ekran wypełniła biel, oraz napis “Narodziny Nowego Dnia” z podtekstem “||||||||”. Miejsce, w które zostałem przeniesiony, wypełniało mnie najsilniejszym przerażeniem i rosnącym strachem jakie kiedykolwiek doświadczyłem.
Jedyny sposób, jakim mógłbym to opisać, to uczucie niewytłumaczalnej, głębokiej depresji. Normalnie nie jestem aż tak uczuciową osobą, ale sposób w jaki się czułem był tak dziwny, straszny, że nie wiedziałem nawet o jego istnieniu – mieszanka uczuć, miałem wrażenie jakbym nimi dosłownie ociekał.

Pojawiłem się w dość dziwnej, mrocznej strefie Clock Town. Wyszedłem z Wieży Zegarowej (co zazwyczaj się robi pierwszego dnia) tylko, by odkryć że nikogo tam nie było. Normalnie z błędem czwartego dnia wciąż możesz znaleźć strażników i psa kręcącego się dookoła wieży – tym razem nie było nikogo. To, co zastałem zamiast nich, to przytłaczające uczucie, że na tym samym poziomie coś na mnie patrzyło. Miałem cztery serduszka życia i Łuk Bohatera, ale z tego punktu widzenia nie obchodziła mnie moja wirtualna postać, czułem, że ja, osobiście byłem w niebezpieczeństwie. Jedyną kojącą rzeczą była muzyka - to była Pieśń Leczenia, która pojawiła się ot tak, ale odtwarzana od tyłu. Muzyka stawała się głośniejsza, aż w końcu na tyle głośna, że miało się wrażenie, że nagle coś na ciebie wyskoczy, ale nic takiego się nie stało. Zapętlona muzyka jedynie odbiła się na mojej psychice.

Do tej pory teraz słyszę śmiech Szczęśliwego Sprzedawcy Masek w tle. Na tyle cicho, że nie byłem pewien, czy mi się nie przesłyszało, ale też na tyle głośno, żeby skłonić mnie do poszukiwań. Szukałem go we wszystkich czterech strefach Clock Town, lecz nic nie znalazłem… Nikogo. Brakowało tekstur, chodząc po wschodniej części Clock Town chodziłem po powietrzu, cała plansza była… zniszczona. Całkowicie zniszczona. Gdy Pieśń Leczenia powtórzyła się po raz już pięćdziesiąty, wrył mi się w pamięć moment, kiedy stałem w Południowym Clock Town w samotności zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że nigdy wcześniej się nie czułem tak samotny w grze wideo.
Kiedy przeszedłem przez miasto duchów, już nie wiem, czy to była kombinacja umiejscowionych tekstur, atmosfery i prześladującej melodii która kiedyś była miła i spokojna, a teraz zniszczona i straszna, ale już prawie uroniłem łzę, i nawet nie mam pojęcia czemu. Prawie się rozpłakałem. Coś mnie tu chwyciło, ta potężna esencja depresji, która przyprawiała mnie o paraliż.

Próbowałem opuścić Clock Town, ale za każdym razem, kiedy wychodziłem, ekran się ściemniał a ja tylko pojawiałem się w innej części miasta. Próbowałem zagrać na mojej Okarynie, chciałem uciec, nie chciałem tu tkwić, ale za każdym razem, kiedy grałem Podniebmą Pieśń, pojawiało się tylko “Twoje nuty odbijają się echem w oddali, ale nic się nie dzieje”. To raczej oczywiste, że gra nie chciała, bym stąd wyszedł, ale nie mam pojęcia, czemu mnie tu trzymała. Nie chciałem wchodzić do budynków, czułem, że byłbym zbyt podatny na to, co mnie przerażało, cokolwiek to było. Nie wiem czemu, ale wpadłem na pomysł, by utopić się w Piorącej Sadzawce i może bym się odrodził gdzieś indziej i opuścić to miejsce.

Statua Elegii, pod postacią której pojawiał się BEN.
Statua Elegii, pod postacią której pojawiał się BEN.
Kiedy wpadłem do wody, oto co się stało - Link złapał się za głowę, a na ekranie błysnął uśmiechający się Szczęśliwy Sprzedawca Masek - nie do Linka - do mnie, z krzykiem Skull Kid'a w tle, a gdy już ekran wrócił do normy, wpatrywałem się w Statuę Linka z grającą pieśnią "Elegia Pustki". Wrzasnąłem, gdy pojawiła się tuż przede mną z tym przerażającym wyrazem twarzy. Odwróciłem się I pobiegłem do południowej części Clock Town, i, na moje nieszczęście, ta pierdolona statua śledziła mnie. Mógłbym to porównać do Płaczących Aniołów z serialu Doctor Who. Od czasu do czasu pojawiała się tuż za mną. To tak, jakby goniła mnie, albo – nawet nie chcę tego kur** wymawiać – prześladowała mnie.

Byłem na skraju histerii, i nawet nie pomyślałem o wyłączeniu konsoli. Nie mam pojęcia czemu, byłem w tym uwięziony – ten cały terror był wręcz realny. Próbowałem poruszyć statuą, ale za każdym razem się za mną pojawiała. Link zaczął odtwarzać dziwne animacje, których nigdy wcześniej nie widziałem. Wykręcał ręce naokoło lub łapał losowy skurcz, a na ekranie znów migał Szczęśliwy Sprzedawca Masek, uśmiechający się do mnie. Na moment znów stanąłem twarzą w twarz z tą pierdoloną statuą. 

Skończyłem na tym, że pobiegłem do Dojo Mistrzy Mieczy, na jego tyły, nie wiem z jakiego powodu, ale panicznie chciałem się upewnić, że może nie jestem tu sam. Ku memu rozczarowaniu nikogo nie znalazłem, ale kiedy się odwróciłem, statua pojawiła się i zablokowała przejście przez korytarz. Próbowałem atakować statuę moim mieczem, bez żadnego skutku. Zmieszany po prostu patrzyłem na statuę i czekałem na śmierć. Nagle ekran znów błysnął, pojawił się Szczęśliwy Sprzedawca Masek i Link zwrócił się do ekranu, stojąc niczym lustrzane odbicie statuy, patrząc na mnie razem z jego kopią. Dosłownie wpatrując się we mnie. Cokolwiek zostało z czwartej ściany (granica między grą, a rzeczywistością - przyp. tłum.), były to tylko nędzne skrawki, więc przerażony wybiegłem z dojo.

Nagle gra przeteleportowała mnie do podziemnych tuneli z Pieśnią Leczenia puszczaną od tyłu, kiedy to statua znów zaczęła się pojawiać… tym razem coraz to agresywniej – po zaledwie kilku krokach ta pojawiała się za moimi plecami. Szybko wydostałem się z tunelu i pojawiłem się w południowej części Clock Town. Kiedy biegłem, zupełnie bezradny i to w wielkiej panice – nagle, jakby przy śmierci, rozległ się krzyk, a obraz spowiła czerń z napisem “Narodziny Nowego Dnia” oraz “|||||||||”. Znowu.

Ekran wrócił do normy, stałem na szczycie Wieży Zegarowej z lewitującym nade mną Skull Kidem, w ciszy. Spojrzałem wzwyż, księżyc był już tylko kilka metrów nad moją głową, ale Skull Kid po prostu wpatrywał się we mnie z tą pierdoloną maską na twarzy. Leciała nowa pieśń - motyw muzyczny Kamiennej Świątynnej Wieży (The Stone Tower Temple theme) grana od tyłu. W akcie desperacji wyjąłem łuk i strzelałem w Skull Kida – i wprawdzie trafiałem go, widziałem jego animacje obrażeń. Wystrzeliłem już trzeci raz, kiedy pojawił się komunikat “Na nic dobrego ci się to nie zda. Hee, hee.”, wtedy Link zaczął unosić się plecami do podłogi, krzyknął, aż w końcu stanął w płomieniach, które go zabiły.

Podskoczyłem na tyłku, gdy to się stało - nie widziałem NIKOGO, kto by użył takiego ataku, a sam Skull Kid nie posiada ŻADNYCH. Kiedy pojawił się ekran głoszący o śmierci, znowu zacząłem się palić w powietrzu, Skull Kid śmiał się, a ekran się ściemnił, tylko po to, bym pojawił się w tym samym miejscu. Postanowiłem zaszarżować na niego, ale działa się to samo, ciało Linka uniosło się nad ziemię przez nieznane moce i momentalnie stanęło w płomieniach, które go zabijały. Tym razem podczas sceny śmierci słyszałem Pieśń Leczenia puszczoną od tyłu. Za trzecim (i ostatnim) razem, zauważyłem, że tym razem nie było żadnej muzyki, cisza. Pamiętam, że oryginalnie przy walce z Skull Kidem powinieneś użyć Okaryny, by cofnąć się w czasie lub przywołać gigantów. Spróbowałem zagrać Pieśń Czasu, ale zanim zagrałem ostatnią nutę, płomienie znów buchnęły na ciele Linka i zginął.

Przy końcu sceny śmierci konsola zaczęła wydawać takie dźwięki, jakby chciała przeprowadzić jakieś skomplikowane obliczenia dotyczące czegoś tam… Kiedy ekran wrócił do normy, pojawiła się ta sama scena, co w poprzednich trzech przypadkach, tym razem Link leżał, jakby martwy, nie widziałem tego wcześniej w grze, jego głowa był zwrócona ku kamerze razem z Skull Kidem unoszącym się nad nim. Nie mogłem się ruszać, wcisnąć żadnego przycisku, tylko wpatrywać się w martwe ciało Linka.

Po około trzydziestu sekundach obraz zaniknął ukazując wiadomość “Spotkał Cię okropny los, czyż nie?” tuż przed wykopaniem do ekranu początkowego.
Zauważyłem, że nie było już moich zapisów. Zamiast “Link” był “TWOJA KOLEJ”. “TWOJA KOLEJ” miał trzy serca, zero masek oraz zero przedmiotów. Wybrałem “TWOJA KOLEJ” i natychmiastowo wróciłem do szczytu Wieży Zegarowej ze obrazkiem martwego Linka z lewitującym nade mną Skull Kidem, którego zapętlony śmiech rozbrzmiewał wciąż i wciąż Zresetowałem konsolę, a kiedy gra się ponownie włączyła, był jeden dodatkowy zapis umiejscowiony pod tym o nazwie “TWOJA KOLEJ”. Nowy nazywał się “BEN”.

Plik “BEN” był dokładnie tym samym, którego wcześniej usunąłem, na Kamiennej Świątynnej Wieży z księżycem, który miał się lada chwila rozbić.
Wyłączyłem konsolę. Nie jestem przesądny, ale to jest ZBYT popierdolone nawet dla mnie. Dzisiaj w ogóle w to nie grałem, ba, nawet nie zmrużyłem oka ostatniej nocy. Wciąż w głowie słyszę tę Pieśń Leczenia od tyłu i wciąż przypominam sobie to uczucie przerażenia towarzyszące eksploracji Clock Town. Przyjechałem jeszcze raz do starca by zadać mu parę pytań razem z kumplem (nie ma mowy, bym tam poszedł sam). Przed domem była tabliczka Na Sprzedaż. Pukałem, nikogo nie zastałem.

Teraz wróciłem i piszę o tym wszystkim, oraz o moich przypuszczeniach - z góry przepraszam, jeśli się pojawiły jakieś błędy gramatyczne. Jestem cholernie niewyspany. Ta gra mnie przeraża, teraz jeszcze bardziej, kiedy to wszystko spisałem, ale myślę, że jest w tym coś więcej. Jest coś, co woła mnie, skłania, bym to dalej ciągnął. Myślę, że “BEN” jest czymś istotnym w całym tym "równaniu", zaś nie wiem czym, i gdyby udałoby mi się dłużej przytrzymać starca, dotarłbym do jakichś wskazówek. Potrzebuję jednego lub dwóch dni, zanim znów włączę tę grę. Już wystarczająco odbiła się na mojej psychice, ale następnym razem nagram wszystko, co w niej zrobię. Pomysł o nagrywaniu przyszedł do mnie kiedy już kończyłem grać, więc możecie zobaczyć jedynie parę minut tego, czego doświadczyłem (włączając w to Skull Kida i statuę). Wrzuciłem to na YouTube:
Dzień Czwarty.wmv (05:30)


Zostanę w tym wątku trochę dłużej zanim pójdę spać, by odpowiedzieć na parę waszych pytań, pomysłów czy teorii, by naświetlić nieco tą sprawę, albo inne czynności, które mógłbym spróbować zrobić w grze. Myślę, że jutro wczytam plik “BEN” i zagram, by zobaczyć co się stanie, może tak własnie miało to wyglądać i miałem tak zrobić. Nie wierzę w paranormalne gówno, ale to jest nieźle pojebane. Może ten cały BEN jest po prostu dobrym hakerem/programistą. Nie chcę myśleć o innych możliwościach, jeśli nie jest tym hakerem. Koniec tego kopiuj/wklej. Mam nadzieję, że to jest tylko jakiś żart ze strony deweloperów, że inni ludzie też zostali “wrobieni” czy mieli “zhakowane” kopie gry. To mnie po prostu przeraża.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz